06.07.2016

Rozdział 2 - Niewypowiedziane problemy

     Sen Nate'a został dość brutalnie przerwany poprzez uderzenie w policzek. Chłopak zmrużył oczy pod wpływem ostrego światła, przetarł oczy i popatrzył zaspanym wzrokiem w stronę Mii. Dziewczyna miała na sobie biały szlafrok, a ciemność za oknem wskazywała, że jest przynajmniej środek nocy.
- Co się dzieje? - spytał się zamykając oczy.
     W pierwszej chwili zdziwił się co robi u War w domu, ale obrazy z dnia poprzedniego szybko wbiły się w jego mózg. Potrząsnął głową by szybko się ich pozbyć.
- Sylvia miała mały wypadek - wyjaśniła szatynka.
     Rogerson w jednej chwili znalazł się w przedpokoju mieszkania, gdzie nakładał buty. Informacja o wypadku dziewczyny mocno go zszokowała. Bo niby co mogła sobie zrobić podczas ostatniego dnia pobytu w Eastbourne.
- Co się stało?
- Hmm - dziewczyna zamyśliła się, drapiąc się z tyłu głowy. - Noooooo bo, jakimś dziwnym trafem czajnik wybuchł w jej dłoniach.
     Nastolatek popatrzy na nią ze zdziwieniem.
- Jak to wybuchł?
- Jezu, no nie wiem! - warknęła Mia. - Po prostu robiła sobie herbatę i podczas nalewania wody do kubka czajnik zrobił bum...
- Jedziesz ze mną? - spytał się chłopak, gdy już znalazł się w drzwiach.
- Nie - szatynka pokręciła przecząco głową. - Mogę się założyć, że Drake nie będzie zadowolona widząc naszą dwójkę razem w szpitalu.
- To znaczy?
- Idź już! - dziewczyna szybkim ruchem zamknęła mu drzwi przed nosem.
     Chłopak stał przez chwilę lekko zszokowany, ale zaraz pobiegł w stronę szpitala. Chciał jak najszybciej znaleźć się przy swojej dziewczynie i ją wspierać. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Sylvia nie lubi jak się ktoś nad nią lituje, a zwłaszcza w takim wypadku. Nate mógłby się założyć, że Drake zrzuci winę na czajnik, zgromi go wzrokiem na starcie lub karze mu się wynosić ze szpitala. Rudowłosa była bardzo zaradną osobą i często sama sobie ze wszystkim radziła. Rogerson był jej chłopakiem, a nie opiekunem, jak to zwykła mówić.
     Sylvia siedziała w sali szpitalnej z już nałożonym opatrunkiem na ręce. Wyglądała na dość zdenerwowaną zaistniałą sytuacją. Pewnie chciała się jak najszybciej stąd zabrać i znaleźć się w domu. Nate uśmiechnął się pod nosem i pchnął drzwi do sali.
- ... wystarczy, że będzie pani smarować oparzenia tą maścią przez najbliższe dni, a wszystko będzie dobrze - tłumaczył jej coś lekarz. - Całe szczęście nie stało się nic poważnego, choć pamiątka na pewien czas pozostanie.
- To wszystko? - jadowity głos Sylvii aż przeraził Rogersona.
- Tak - odparł chłodno mężczyzna. - Może już pani wracać do domu...
- Do widzenia - burknęła Drake i mijając swojego chłopaka wyszła z sali. Nate złączył usta z cienką linię, odetchnął głęboko i ruszył za swoją drugą połówką.
     Dziewczyna była już przy recepcji gdy dogonił ją chłopak. Nie odzywała się przez dłuższą chwilę, ale Nate wiedział, że powstrzymuje się by nie wybuchnąć.
- Nie wydaje mi się, że prosiłam o niańkę - syknęła rudowłosa gdy znaleźli się na świeżym powietrzu.
- Martwię się - powiedział chłopak i zaczął ją masować kojąco po barkach.
- Nic mi nie jest - stwierdziła twardo Sylvia.
- Jestem twoim chłopakiem...
- Nic mi nie jest - powtórzyła dziewczyna. - Wybuchł mi tylko czajnik w dłoniach, każdemu się zdarza...
- W takim razie wymień mi chociaż dwie osoby, którym w ostatnim czasie wybuchło coś w dłoniach! - syknął Rogerson.
      Drake zmierzyła go ostrym wzrokiem, po czym ruszyła w stronę swojego domu. Ulice były oświetlone latarniami, a pogoda była idealna. Wprost na romantyczny spacer po mieście.
- Czemu jesteś na mnie taka zła? - zapytał się Nate po przebytym odcinku drogi gdy usiedli na ławce.
- Wcale nie jestem zła - zaprzeczyła Sylvia patrząc się gdzieś w dal.
- Odbieram inne wrażenie - oznajmił chłopak.
    Dziewczyna odetchnęła głośno.
- Po prostu mam dość tego, że wszyscy są tacy cięci na mnie za ten wyjazd - odparła powoli Drake.
- Dziwisz im się?
- Dlaczego ja muszę się wam ze wszystkiego spowiadać? - zaakcentowała ostatnie słowo. - Jestem już pełnoletnia i chyba mogę podejmować sama decyzje odnośnie mojego życia...
- Mogłaś chociaż nam powiedzieć, że wyjeżdżasz wcześniej - mruknął chłopak przecierając oczy.
- Już to wiecie - oznajmiła Sylvia. - Dacie mi spokój?
- Wiesz jaka jest Mia...
- No właśnie się okazuje, że nie wiem - wtrąciła dziewczyna. - Wybacz, ale jestem zmęczona, a jutro wyjeżdżam i chciałabym odpocząć...
- To coś w stylu, że mam się zabrać, ale nie tak szybko - mruknął Nate z uśmiechem na ustach. - Odprowadzam cię, księżniczko, do domu.
- Nie jestem księżniczką! - syknęła dziewczyna, ale również się uśmiechnęła.
- Jasne, jasne - zaśmiał się chłopak i ruszył za rudowłosą. 
     W czasie drogi powrotnej para zdążyła się jeszcze parę razy posprzeczać na temat wyjazdu dziewczyny, ale Nate zbytnio na nią nie naciskał. Oczywiście, że czuł się trochę głupio, że nie znał powodu, dla którego jego połówka chciała opuścić miasto tak szybko. Stwierdził jednak, że powie mu sama gdy się na to zdecyduje. Siłą i tak nic z niej nie wyciągnie.
     Sylvia mieszkała w dość cichej dzielnicy miasta. Jej mieszkanie znajdowało się na ostatnim piętrze bloku, skąd miało się dość ciekawy widok na centrum oraz dzielnicę biznesową miasta. Rodzice panny Drake prowadzili hotel, co sprawiało, że dziewczyna dość często siedziała w domu sama. Jej starszy brat prowadził swoją karierę aktora w Paryżu. Sylvia z pozoru była dość cichą osobą, ale potrafiła walczyć o swoje. Była bardzo zaradna, oraz niezwykła uzdolniona intelektualnie. Liceum ukończyła z najwyższą średnią z całej szkoły w ciągu ostatnich paru lat. Złożyła papiery do najlepszego uniwersytetu w Londynie. W przyszłości zamierzała zostać prawnikiem, a jej kariera wyglądała bardzo obiecująco. Nate uwielbiał w niej jej spokój, oraz opanowanie. Dziewczyna bardzo rzadko wpadała w furię czy złość. Owszem była skora do kłótni, ale nigdy nie dostała białej gorączki z byle powodu. Chłopak również uwielbiał jej rude włosy, które zazwyczaj układała w lekkie fale. Kochał również jej frywolny styl ubierania się. Wiadomo, że jako prawnik będzie musiała stosować się do dress codu zawodu, ale teraz jak najbardziej mogła sobie pozwolić na różne eksperymenty modowe. Tylko ona potrafiła przyjść na bal maturalny w pięknej czarnej suknii wieczorowej, nakładając do tego białe Superstary. Wygoda przede wszystkim, jak to mawiała. 

***
      Caroline Kellen-Rogerson skończyła właśnie drukować miesięczne zestawienie wydatków firmy. Postawiła pieczątki w odpowiednich miejscach. Poprawiła swoją czarną sukienkę oraz dopasowany kolorystycznie żakiet i koszulę. Sprawdziła poprzez swój telefon czy jej włosy są dobrze upięte w koka. Wzięła dwa głębokie oddechy, po czym ruszyła do gabinetu szefowej, u której pracowała jako asystentka.
    Zastukała trzy razy, po czym odczekała parę sekund i nacisnęła klamkę by wejść do środka. Jej pracodawczyni siedziała za wielkim drewnianym biurkiem i pieczołowicie pisała coś na komputerze. Dziewczyna usiadła na pobliskim fotelu i zgodnie z zasadami czekała aż kobieta skończy pisać. Wnętrze gabinetu prezentowało się dość ponuro. Mniej więcej na środku pomieszczenia znajdowało się wiele biurko, a obok stała wielka drukarka z kserem, skanerem i faksem w jednym. Za meblem znajdowało się jedynie obrotowe krzesło, oraz niewielki baryk gdzie kobieta trzymała kawę czy inne słodkości. Przed ławą stało jedno krzesło dla petenta, a drugie znajdowało się przy ścianie, by Caroline mogła usiąść na wypadek ważnej sprawy do swojej szefowej. Całość dopełniały ściany w kolorze krwistej czerwieni oraz wielkie okna na zachodniej ścianie pokoju.
- Tak, Caroline? - usłyszała sztywny głos.
- Przygotowałam miesięczne zestawienie wydatków firmy - wyjaśniła. - Proszę pani...
- Pani Morrison - poprawiła ją kobieta uśmiechając się lekko. - Zatrudniłam cię tutaj jako moją asystentkę, a nie muła pociągowego.
- Tak proszę pa... pani Morrison - oznajmiła Rogerson.
- Dobrze, połóż na biurku - powiedziała kobieta. - Przejrzę to potem...
- Dobrze - rzuciła Caroline, po czym odłożyła dokumenty na drewniany mebel.
    Miała już odejść, gdy zdecydowała się zapytać o jedną rzecz.
- Mam jeszcze jedną sprawę... - zaczęła niepewnie.
     Morrison popatrzyła nią szybko.
- ... czy dostanę parę dni wolnego? - zapytała próbując się nie pomylić w słowach.
     Szefowa zdjęła okulary, odsunęła się fotelem do tyłu.
- Zatrudniłam cię w Simmer Company, bo się do tego nadajesz - zaczęła kobieta. - Wiesz jak duża jest ta firma i jak dobrze prosperuje. Sądziłam jednak, że dwa lata u nas nauczyły cię dokładności...
    Caroline popatrzyła na nią ze zdziwieniem.
- Parę dni, to ile dla ciebie? - zapytała sztywno Morrison.
- Trzy - odparła szybko dziewczyna - Góra cztery...
- Problemy w raju?
- Chciałabym, ale jeszcze nie wyszłam za mąż - wyjaśniła Caroline.
- Skąd u pani dwa nazwiska - zdziwiła się szefowa.
- Mówiłam pani już tyle razy, że...
- Od ojca i matki? - zapytała się pracodawczyni.
- Tak - odpowiedziała młodsza.
- Są rozwiedzeni?
- Jeszcze nie - odrzekła szybko Caroline, mrugając oczami by nie popłynęły z nich łzy.
- Wybacz - oznajmiła szybko Morrsion. - Nie chcę się wtrącać w twoje życie rodzinne czy prywatne, ale sama doskonale wiesz jak wygląda proces rekrutacji do Simmer Company.
     Dziewczyna kiwnęła głową. Pamiętała jak trzy lata temu podczas rozmowy kwalifikacyjnej musiała podać wszystkie dane o swojej rodzinie. Taki był wymóg firmy. Simmer była agencją rozpoznawalną na całym świecie, a jej akcje sięgały kilku milionów dolarów. Pracownicy byli wybierani bardzo starannie, a sam proces rekrutacji był niezwykle trudny i czasochłonny. Choć Caroline zdawało się jakby zyskała w oczach założycieli Simmer gdy potwierdziła, że Nate Rogerson to jej brat, a na dodatek rodzony.
- Mój brat ma pewne problemy - wyjaśniła, choć nie wiedziała jak te zdanie było bardzo przydatne jej szefowej.
- Wydaje mi się, że Nate już skończył szkołą średnią - rzuciła od tak kobieta.
- Jest młody, a nie każdy problem, który widzi, jest wielkim problemem - odparła Rogerson.
    Szefowa uśmiechnęła się pod nosem.
- W takim razie masz już wolne - powiedziała Morrison na zakończenie, po czym wróciła do pracy na komputerze.
    Rogerson uśmiechnęła się sama do siebie, po czym wyszła z gabinetu. Wylogowała się z systemu firmy, wyłączyła komputer, po czym zabrała swoje rzeczy i zjechała windą na parter, gdzie pożegnała się z kolegami z pracy i wyszła z budynku. Na ulicy złapała taksówkę i udała się w stronę swojego domu.
     Z okien swojego gabinetu pani Morrison obserwowała swoją asystentkę. Wiadomość o problemach jej brata sprawiła jej nie małą radość. Gdy tylko młoda dziewczyna zniknęła w czarnej taksówce, kobieta chwyciła za telefon i szybko wybrała numer.
- Rogerson wraca do Eastbourne - rzuciła szybko do słuchawki. - Podobno chodzi o Nate'a. Sprawdźcie to!
    Morrison usłyszała odpowiedz, po czym pokiwała głową, choć jej rozmówca tego nie widział.
- Tak, ten Nate - warknęła. - Sprawdźcie ich wszystkich. Chcę to mieć za góra dwa dni na swoim biurku...
     Kobieta rozłączyła się i popatrzyła się rozmarzonym wzrokiem na centrum Londynu. Wkońcu wszystko zaczynało się układać, a o to właśnie im chodziło...

***
     Nate leżał rozwalony na łóżku swojej dziewczyny, gdy ta kończyła pakowanie. Jej pokój został ogołocony z wszelkich dodatków, a szafy stały prawie puste. Wszystko było gotowe już na wyjazd do Londynu. Wielki walizki stały w przedpokoju, a kolejne były pakowane przez dziewczynę. Jej pokój wydawał się być teraz taki pusty i sztywny. Na środku stało wiele łóżko, ale etażerki zostały ogołocone do pusta. Specjalny stół pod komputer również świecił pustkami, a zawartość szaf była skrupulatnie przeglądana i pakowana do waliz lub spowrotem do garderoby. Było widać, że Sylvia opuszcza swój pokój, w którym spędziła osiemnaście lat swojego życia. Teraz jej domem miała stać się stolica państwa.
      Elektroniczny zegar na szafce nocnej wskazywał godzinę trzecią zero zero. Chłopak z uśmiechem na ustach obserwował jak Drake wkładała coś do torby, by po chwili to wyjąć, rozłożyć, znowu złożyć i zapakować ponownie do torby.
- W każdej wyglądasz cudnie - powiedział gdy Sylvia przymierzała już kolejną sukienkę.
- Ruszam na podbój stolicy - rzuciła wesoło dziewczyna. - Muszę wyglądać jak bóstwo...
- Niby jak? - zdziwił się chłopak.
- Boże Nate - jęknęła Drake przeciągając jego imię. - Kocham cię, ale wybacz. Dziś przede mną wielki dzień!
- Szkoda, że nie mogę ci w nim towarzyszyć - burknął niezadowolony Rogerson. Próbował już kilkakrotnie przekonać swoją miłość by ta powiedziała mu cokolwiek na temat wyjazdu, ale jak to na upartą Sylvię przystało, milczała jak grób.
-  Nate, proszę - rzuciła siadając obok niego na łóżku. - Chociaż ty daj mi spokój...
- Okej - odparł sztywno chłopak. - W takim razie nic tu po mnie...
    Ruszył do przedpokoju gdzie zostawił swoje buty. Drake schowała twarz w dłoniach, ale już po chwili znalazła się przy swojej drugiej połówce.
- Proszę cię, nie idź jeszcze teraz - powiedziała patrząc mu w oczy.
    Nate zerknął na nią pochmurnie, ale ta szybko wpiła się w jego usta. Otworzyła szerzej swoje by dać mu dostęp, a swoje dłonie zarzuciła mu na kark, gdzie zaczęła się bawić jego włosami, pociągając je lekko za końcówki. Z ust chłopaka zaczęły się wydobywać jęki rozkoszy. Nate szybko zjechał dłońmi na pośladki dziewczyny, ale ona szybko je strąciła śmiejąc się wesoło.
- Prosząc cię abyś został nie miałam na myśli seksu - prychnęła i wróciła do pakowania.
- Szkoda - mruknął Nate zdejmując buty.
- Słyszałam! - usłyszał śmiech Sylvii.
- Miałaś to słyszeć - rzucił w jej stronę, po czym zabrał z komody jej ulubioną paczkę żelek o smaku coli i rozkładając się wygodnie na łóżku włączył pięćdziesięciu dwu calowy telewizor, który kupiła sobie niedawno dziewczyna.
    Sylvia popatrzyła ze złością w oczach na Nate, który nie dość, że zabrał jej żelki, to jeszcze rozwalił się na jej ukochanym łóżku.
- Przeginasz pałę Rogerson! - warknęła zakładając ręce na piersi.
- Nie mam nic przeciwko, byś mi ją przegięła kochanie - rzucił słodko wciągając słodkość do ust.
     Drake otworzyła szeroko usta, ale szybko je zamknęła. Wzięła dwa głębokie oddechy i ignorując śmiech swojej miłości wróciła do pakowania. Nie chciała mu dać głupiej satysfakcji, że wyprowadzi ją ostatniego dnia pobytu w Eastbourne z równowagi o głupie żelki.
     Pakowanie szło jej całkiem dobrze, dopóki Nate nie włączył kanału muzycznego, gdzie ciągle śpiewał z artystami. Nie miała by nic przeciwko, gdyby nie to, że chłopak pozbył się swoich ubrań, i w samych bokserkach leżał w jej łóżku. Oczywiście widziała go już nago i bardzo, ale to bardzo kochała jego ciało, ale akurat w tym momencie nie miała ochoty na żadne zabawy. Chciała skończyć pakowanie i położyć się spać choć na parę godzin...
- My anaconda don't, my anaconda don't - zaczął śpiewać przebój znienawidzonej przez Sylvię piosenkarki. Stał na łóżku i machał jak tamta plasticzka swoim tyłkiem w jej stronę. - My anaconda don't want none unless you got bunz, hun. Oh my gosh, look at her butt. Oh my gosh, look at her butt. Oh my gosh, look at her butt...
    Łóżko zaczęło już trzeszczeć od dość śmiesznych, gdzieniegdzie seksownych ruchów chłopaka. Drake miała już serdecznie tego dość. Była już zmęczona całym dniem pełnym emocji, a zwłaszcza wieczorem, kiedy w dłoniach wybuchł jej ten piekielny czajnik.
- Zamknij się! - krzyknęła na swojego chłopaka. - Chcę już iść spać, a zarazem mieć pieprzoną chwilę spokoju, jasne?
- To wskakuj - zażartował sobie Nate, nie biorąc po uwagę powagi sytuacji.
- Kurwa Nate! - wrzasnęła dziewczyna.
    W tym samym momencie wszystkie światła wraz z telewizorem rozbłysły wielkim światłem, co skończyło się wybuchem żarówek oraz pęknięciem ekranu telewizora.
- Spokojnie, księżniczko - rzucił Nate, gdy próbując nie skaleczyć się szkłem w nogę, podchodził do dziewczyny.
- Co się stało? - zapytała się zdziwiona Sylvia.
- Zrobiłaś małe ka bum - zaśmiał się nerwowo chłopak.
- Znowu? - zdziwiła się rudowłosa, po czym osunęła się w ramiona Rogersona.
     Chłopak z szokiem popatrzył na swoją dziewczynę. Czyżby ona też miała jakieś dziwne momenty w swoim życiu. Wziął Sylvię na ręce i ostrożnie zaniósł ją do salonu. Podrapał się po głowie zastanawiając się co robić. Obudzić ją czy posprzątać pokój? Istnieje spora możliwość, że jak się obudzi to nie będzie pamiętać tego dziwnego incydentu. Wygrzebał z szafy w przedpokoju nowoczesny odkurzacz i zabrał się za czyszczenie pokoju dziewczyny. Cały czas zastanawiał się co właściwie się stało. Wiedząc o czajniku nawet nie brał pod uwagę, że to był zwykły zbieg okoliczności. Choć może jednak? Czy Sylvia byłaby w stanie sprawić, że czajnik wybuchł, a wszystkie żarówki w jej pokoju rozbłysły wielkim światłem, po czym wybuchły. Telewizor? Wielki ekran był teraz popękany w wielu miejscach. Gdy skończył wrócił do salonu, gdzie jak się okazało dziewczyna smacznie spała owinięta kocem, choć chłopak jej nie okrył. Podrapał się po brodzie i się zamyślił. Pamiętał, jak on sam wczoraj zasnął po akcji z reporterką. Sylvia nie mogła zasnąć po akcji z czajnikiem, bo znalazła się w szpitalu. Więc może to tylko zbieg okoliczności?
    Był już święcie przekonany, że dzisiejsze i wczorajsze wydarzenia to tylko zwykły zbieg okoliczności, ale gdy zaszedł do kuchni zmienił zdanie. Rozwalony czajnik nadal leżał na podłodze, a mokre płytki podłogowe świadczyły, że nikt tutaj nie zaglądał od wypadku. Skoro nikt tutaj nie posprzątał, to mogło oznaczać, że Sylvia nie była świadoma co się stało.
- Ja pierdole - powiedział sam do siebie. - Co się tutaj dzieje...
***
     Brunetka podeszła pod blok, gdzie na ostatnim piętrze w jednym z pokoi paliło się światło. Dziewczyna nie była zadowolona rozwojem sytuacji. Pozbycie się Sylvii Drake z Eastbourne miało być bardzo łatwym zadaniem, a wczorajszy wieczór trochę pokomplikował owe okoliczności. Nastolatka miała nadzieję, że z pozostałymi osobami poradzi sobie lepiej niż z rudowłosą. Dostała zadanie by rozdzielić Rogersona z Drake'ówną. Wierzyła, że jutro te zdanie stanie się rzeczywistością. Jej szefowie bardzo w nią wierzyli, a ona chciała się wywiązać dobrze z powierzonego zadania. Gdy jej się uda, to dostanie nagrodę, czyli Nate'a. To był bardzo dobry układ. Drake za Rogerson'a. Dostała świetną okazję i nie zamierzała jej zmarnować.
- Już niedługo, Nate... - mruknęła sama do siebie.
    Rozejrzała się czy nikogo nie ma w pobliżu. Zarzuciła kaptur na głowę, mruknęła parę słów i pstryknęła palcami. Popatrzyła się w górę. Światła z ostatniego piętra już się nie paliły. Uśmiechnęła się, po czym zniknęła w mroku.


 --»۞«--
Witam w drugim rozdziale mojego opowiadania! :)
Przepraszam, że tak długo mnie nie było, ale niestety złożyło się wiele rzeczy w moim życiu, i chcąc nie chcąc najpierw musiałem je rozwiązać. Jako, że są wakacje postaram się pisać częściej! :D
Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Koniecznie napiszcie w komentarzu co o niej sądzicie :)
DRAGON